Pierwszy mnich RP

Prezentujemy wywiad z metropolitą Sawą, który ukazał się w Tygodniku Zamojskim, z cyklu „Ludzie stąd – nasi rodacy w kraju i za granicą” Mało, kto wie, że zwierzchnik kościoła prawosławnego w Polsce pochodzi ze Śniatycz pod Komarowem Strach, głód, śmierć bliskich i ukrywanie się miesiącami w stogu siana… Michałek nie miał beztroskiego dzieciństwa. Czasem, gdy było mu smutno biegł do maleńkiej drewnianej cerkwi popłakać.    Ten Michałek to prof. teologii Michał Hrycuniak , znany dziś jako arcybiskup Sawa, głowa Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego w Polsce. Kieruje nim od 10 lat (funkcja jest dożywotnia). Ale zanim stanął na czele półmilionowej rzeszy wiernych Cerkwi prawosławnej wiele przeszedł, także upokorzeń. Więc niełatwa była ta jego droga do godności metropolity. Zawsze jednak, gdziekolwiek go nie rzuciły losy – a rzucały po Europie, Azji, Ameryce, także Afryce –  wracał pamięcią do swoich Śniatycz. – Nigdzie chleb nie pachnie tak pięknie jak w rodzinnym domu, drahli (rodzaj placków – przyp. red.) nie są tak pyszne jak u mamy, a brzozy nie szumią tak pięknie jak w Śniatyczach – wspomina z rozrzewnieniem metropolita Sawa. – Czym jestem starszy, tym częściej i milej wspominam te zamojskie lasy i pagórki. Wszędzie obcy To właśnie wśród tych podkomarowskich pagórków i zagajników przyszedł na świat. Był rok 1938. To bolesny czas dla prawosławia i jego wyznawców – okres burzenia cerkwi na Lubelszczyźnie i Chełmszczyźnie (w ramach tzw. akcji polonizacyjno-rewindykacyjnej wniwecz obrócono 127 cerkwi). To także początek wojny. – Byłem zbyt mały, by pojąć co się dzieje, ale tę tragedię przeżywałem po swojemu, co potem odbiło się w moim dorosłym życiu – mówi eminencja. – Często trzeba było się chować w okolicznych stogach siana. Odgłosy nadjeżdżających samochodów wywoływały trwogę, a każdy obcy wydawał się potencjalnym wrogiem. Tylu bliskich mi ludzi odeszło w tych strasznych czasach (gdy miał 2 lata stracił ojca – przyp. red.). Nawet wyzwolenie nie przyniosło spokoju. Odeszły armie, pojawiły się bandy. Stóg siana stał się moją stałą sypialnią. Wywózki, przesiedlenia, akcja Wisła… wszystko to pozostawiło w psychice dziecka głębokie i bolesne rany. Bo jak mu wytłumaczyć, że sąsiad, z którym bawiłeś się wczoraj, dziś może stać się twoim wrogiem. Niepewność jutra, strach i głód – to stali towarzysze moich najmłodszych lat. Gdy Michał podrósł ruszył w świat za wiedzą. Pojechał na Śląsk, gdzie kończył szkołę średnią. Tam było mu jeszcze trudniej niż w Śniatyczach. Był „obcy”, a z powodu mowy, wyglądu i wyznania – upokarzany i wyśmiewany. Chciał uciec stamtąd jak najdalej. I uciekł do Warszawy, gdzie wstąpił do dopiero co otwartego Prawosławnego Seminarium Duchownego. Czuł, że to jest jego droga i jego powołanie. Choć nie do końca. Chciał służyć Bogu, ale jako mnich prawosławny. Jednak wtedy w Polsce nie było takiej możliwości. Po studiach w seminarium (ukończył je w 1957 r.) i Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej (1961 r.) wyjechał do Serbii. To tam, w Belgradzie podjął studia doktoranckie, poznał też serbską tradycję monastyczną. Tam w serbskim monasterze Rakowica przyjął postrzyżyny mnisze i otrzymał imię Sawa – na cześć św. Sawy Serbskiego (1966 r.). – W Polsce niechętnie patrzono na odradzanie się struktur monastycznych naszego kościoła. A ja tymczasem wróciłem do kraju jako pierwszy mnich tej Rzeczypospolitej. Postawiłem wszystkich przed faktem dokonanym – mówi abp Sawa. I poszedł do ówczesnego metropolity Stefana prosić o posłanie go na dalsze studia zagraniczne. Ale wyszedł z poleceniem zajęcia się kancelarią metropolitarną. I oto młody mnich, pełen ideałów, energii i gotowości do poświęceń ascetycznych został rzucony w wir kościelnej polityki. A tej Sawa nie akceptował jako sztuki ustępstw i arenę walk o wolność kościoła. Generał płaczeMoże to było naiwne, ale taki byłem niepokorny, waleczny buntownik. Nie miałem nic do stracenia, niczego się nie bałem. Nieraz, wzywany do Urzędu do spraw Wyznań i straszony, mówiłem: „Cóż możecie mi zrobić? Zabić? A jeśli wypędzicie z Warszawy, tylko pomożecie mi wypełnić mnisze śluby życia w skromności i samotności – opowiada eminencja. – Gdy już mieli mnie dość, posłali (w 1970 r.) najdalej od stolicy – do głuszy w Jabłecznej, nad samym Bugiem. Tam osiadłem na 9 lat w monasterze św. Onufrego. A ten był zaniedbany. Brakowało młodych mnichów, nie było też środków na remonty. To była sztuka, żeby znaleźć jedno i drugie. Mnie się udało. Młody mnich Sawa dawał jednak o sobie znać w stolicy. Raz w tygodniu jeździł z Jabłecznej do Warszawy, gdzie wykładał na Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej. Raz pociągiem, innym razem autobusem, bywało, że nawet łódką po rozlewiskach Bugu. A monaster w Jabłecznej się odradzał. Przyszli młodzi mnisi, razem zbudowali gmach seminarium duchownego, wyremontowali budynki klasztorne. I rzutkiego mnicha znów przeniesiono. Tym razem został wyniesiony do godności biskupiej (1979 r.) i objął niedużą diecezję łódzko-poznańską. Potem przez 17 lat kierował diecezją białostocko-gdańską. Jak mówi metropolita, to był wielki plac budowy. To czas odzyskiwania, remontów i budowy nowych cerkwi. To również okres, kiedy w kościele prawosławnym przybywało wiernych, odradzały się parafie, powstawały nowe zgromadzenia męskie i żeńskie. Nagrody i ordery W 1998 r. wtedy już abp Sawa został wybrany przez Święty Sobór Biskupów Kościoła Prawosławnego metropolitą warszawskim i całej Polski. Zaś w 1994 r. został pierwszym prawosławnym ordynariuszem Wojska Polskiego w randze gen. brygady. Za międzynarodową działalność charytatywną otrzymał gwiazdę ESCO, przyznawaną przez Międzynarodowe Bractwo Dobroczynności Templariuszy. Zaś za niesienie pomocy ofiarom klęsk żywiołowych w kraju i za granicą został odznaczony Krzyżem Komandorskim i Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski – Polonia Restituta. W swoim dorobku naukowym ma ponad 100 publikacji. Był promotorem ok. 100 prac magisterskich i 11 doktorskich oraz recenzentem 17 prac doktorskich i 5 prac habilitacyjnych. Jest zaangażowany w sprawy na rzecz pokoju, także dialogu ekumenicznego.  – Głośno domagam się, aby traktowano nas nie jak obcych, lecz jako wierne dzieci polskiej ziemi – mówi. A o zamojskiej ziemi dopowiada: – Krwawe dzieje, choć bolesne, zawsze będą cząstką mojej historii i nie da się do niej nie wracać. Choć nie ma już, do kogo, bo po bliskich zostały mogiły. Płaczę nad błędami historii, tragedią losów całych pokoleń zamojszczaków, ale kocham tę ziemię ze wszystkim, co się tu wydarzyło. Jest mi droga… i chyba coraz droższa. Zdjęcie: http://www.festiwal.cerkiew.pl