Ku czci męczenników…

Jak co roku, w pierwszą niedzielę czerwca w Chełmie, odbyły się uroczystości ku czci św. św. Męczenników Ziemi Chełmskiej i Podlaskiej. Przewodniczył im metropolita Sawa, zwierzchnik Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego, któremu towarzyszyli: ordynariusz diecezji lubelsko – chełmskiej Abel i biskup siemiatycki Jerzy. Bratnie Kościoły reprezentowali: arcybiskup Tychwiński, rektor Akademii Teologicznej w Sanki Petersburgu Konstantyn (celebrował nabożeństwo całonocnego czuwania), biskup Jerzy z Kościoła Czech i Słowacji oraz o. archimandryta Hiob, rektor Instytutu św. Sergiusza w Paryżu. Licznie przybyło też duchowieństwo Kościoła prawosławnego w Polsce. W uroczystościach uczestniczyła duża część duchownych diecezji lubelsko-chełmskiej, niektórzy przybyli tu w ramach pieszych pielgrzymek. Nie zabrakło też duchownych spoza diecezji. Z Białegostoku przybyła pielgrzymka autokarowa. Nieduża chełmska cerkiew św. Jana Teologa nie była w stanie ich pomieścić. Większość osób stała na podwórku, czemu sprzyjała przepiękna pogoda. Tu też przygotowano poświąteczny poczęstunek dla pielgrzymów. Centralnym punktem uroczystości była niedzielna św. Liturgia, którą celebrowało 4 biskupów, 28 kapłanów i 3 diakonów. Śpiewały dwa chóry. Rozpoczęła się ona procesyjnym wyjściem do domu parafialnego na spotkanie biskupów. Duchowieństwo w czerwonych szatach zajęto pobliską uliczkę, którą policja na czas procesji wyłączyła z ruchu. Po przyjęciu arcypasterskiego błogosławieństwa i po powrocie do świątyni biskup siemiatycki Jerzy odczytał akt Soboru Biskupów PAKP oznajmiający o dołączeniu do Soboru Męczenników Ziemi Chełmskiej i Podlaskiej św. Mikołaja (Borowika). Metropolita Sawa pobłogosławił zebranych ikoną św. Męczennika Mikołaja Borowika.            Rozpoczęte o godz. 10.00 nabożeństwo zakończyło się procesją. Celebrowane było w 3 językach: cerkiewnosłowiańskim, słowackim i greckim. Kazanie (w j. słowackim) wygłosił biskup Jerzy z Kościoła Czech i Słowacji, a świąteczne pozdrowienia po modlitwie „Ojcze nasz” archimandryta Hiob z Francji. Na zakończenie przemawiał metropolita Sawa, który podkreślił wielkie znaczenie szacunku wobec przodków i ich dziedzictwa, niejednokrotnie tak świętego i ważnego jak krew Męczenników Chełmskich i Podlaskich. Zauważył, że jest to żywe dziedzictwo. Na uroczystościach obecny był brat kanonizowanego św. Mikołaja (Borowika). Nie zabrakło też dzieci i wnuków wielu bezimiennych męczenników tamtych czasów. Metropolita Sawa wezwał zebranych, by być zawsze godnymi następcami świętych obrońców prawosławia.   Po południu arcybiskup Abel wraz z biskupem Jerzym ze Słowacji rozpoczęli na cmentarzu w Wierzchowinach uroczystą panichidę (nabożeństwo żałobne) w intencji ofiar pacyfikacji wsi w 1945 r. Wówczas to wymordowano całą miejscową społeczność prawosławną (przez pomyłkę także jedną rodzinę rzymskokatolicką). W 1995 r. na cmentarzu stanął okolicznościowy pomnik, którym opiekuje się miejscowa młodzież. Rodzi to nadzieję, że zbrodnia nazywana będzie zbrodnią, a antagonizmy i różnice religijne już nigdy nie doprowadzą do tragedii podobnym tym z połowy minionego stulecia. Święty Męczennik Mikołaj (Borowik) urodził się w 1922 roku we wsi Grodysławice (powiat tomaszowski na Lubelszczyźnie). Był starszym synem małżeństwa diakona Michała Borowika i matuszki Anny, bratem: Teodozji (Fienia), Raisy, Klaudii (Kławy), Nadziei i Lidii oraz najmłodszego Aleksandra. Ojciec Mikołaja był diakonem w miejscowej parafii Podwyższenia Krzyża Pańskiego. Sam Mikołaj, od dzieciństwa wychowywany był w cieniu cerkwi. Pełnił funkcję psalmisty, zaś jego siostra Klaudia dyrygowała blisko stuosobowym chórem parafialnym. Borowikowie całą rodziną niejednokrotnie śpiewali na uroczystościach w Monasterze Turkowickim. Latem 1943 r. Niemcy wysiedlili mieszkańców Grodysławic, w tym Borowików, do pobliskiego Bukowina. Trzeciej nocy wieś podpalili bandyci, zabijając kilka osób. Borowikowie uciekli do leżącej niedaleko Biszczy, gdzie też nie było bezpiecznie. Kiedy bandyci pobili na śmierć tamtejszego duchownego o. Klucza, rodzina Borowików postanowiła udać się w dalszą drogę, do Tarnogrodu. Tam zatrzymali się w dużym domu parafialnym. Gdy nastał rok 1944 i z miasteczka wyjechał niemiecki garnizon, a Tarnogród zaczęły nachodzić bandy. Nie ominęły one i plebanii. Kilku bandytów wdarło się do budynku. Dzięki przytomności umysłu matuszki Anny udało się jej ukryć wraz z dziećmi w wyschniętej studni. Tarnogrodzkiego proboszcza (zginie w podpalonym domu parafialnym) i Mikołaja złapano. Młodzieńcowi udało się jednak zbiec, gdy bandyci spuścili go z oczu. Oprawcy byli pewni, że pozbawiony ubrania i bosy nigdzie im nie ucieknie. Mylili się jednak. Rodzina Borowików rozdzieliła się. Starsze dzieci poszły do Pinin, do  rodziny Piotra Nauma, zaś rodzice z najmłodszym synem Aleksandrem zamieszkali w Wólce Pukarzewskiej. Tu zastała ich wieść o tym, że w Wielki Piątek 1944 roku ich syn Mikołaj został zamordowany. Bandyci napadli na Pinin w biały dzień. Zastrzelili wiele osób, a tym, którzy próbowali się ukryć, urządzili publiczną egzekucję. Mikołajowi Borowikowi, pokazowo, odrąbali głowę. Dwa dni później, w paschalną noc bandyci zmasakrowali ojca Mikołaja – diakona Michała, a wraz z nim 16 innych osób. Wszystkich, jeszcze półżywych, wrzucili na furmankę i wywieźli do pobliskiego lasu, po czym żywcem zasypali w rowie. na podst. www.orthodox.pl opr. A. Siegień