Włodzimierz Babiarz: To barbarzyństwo było, ohyda….

Wydarzenia lat trzydziestych na Chełmszczyźnie i Podlasiu wspomina naoczny świadek Wówczas był bardzo młodym człowiekiem, dziś z bagażem doświadczeń, nie może spokojnie opowiadać o tym jak burzono cerkiew. – Urodziłem się w 1918 roku w Komarówku, należałem do parafii Komarów. Dziś moja wieś nazywa się Janówka Górna. Trasa Zamość, Tyszowce, Hrubieszów – opowiada pan Włodzimierz Babiarz – rezydent Prawosławnego Domu Pomocy Społecznej w Lublinie. „Chołmszczak” od urodzenia – dodaje mój rozmówca. Pan Włodzimierz z głębi pamięci wyciąga to, o czym nie chciałoby się pamiętać, ale trzeba. Waży każde słowo, nie chce być źle zrozumianym, nie chce by ktoś uznał go za fanatyka, a tym bardziej daleki jest od oceniania innych. – Jaką miarą ty mierzysz, taką i tobie odmierzą- przekonuje pan Babiarz. Barbarzyństwo, hańba i podłość ludzka- tego nie da się opisać, o niektórych rzeczach trudno mówić, chociaż tyle lat minęło i tego świata już nie ma- wyznaje chołmszczak. – W naszej parafii były dwie cerkwie. Parafia była pod wezwaniem Zaśnięcia Bogurodzicy (cs. Uspienia Bogorodzicy). Jedna murowana, a druga drewniana – kaplica cmentarna. Murowaną, Uspienską cerkiew, w Komarowie jeszcze w latach dwudziestych wyświęcono na kościół rzymskokatolicki. Odprawiano tu nabożeństwa dwa razy do roku, na trzeci dzień Bożego Narodzenie i Paschy. I nasi ludzie chodzili, zmuszano, ale co oni rozumieli? A trzeba pamiętać,że przecież wówczas była w Kościele łacina. Przyszły lata trzydzieste i zabrano się do rozbierania tej cerkwi, która była już wyświęcona na kościół. To ja się pytam co oni rozbierali, czy kościół, czy cerkiew?- podniesionym głosem pyta retorycznie pan Włodzimierz. – I chociaż był to już kościół, nasi ludzie przyszli, gdy zaczęto go rozbierać, ale policja rozgoniła. Jak to było? – pytam. – W dzień po wsi chodzili ludzie opłacani, i to byli nasi sąsiedzi katolicy, wchodzili do domów z kołkami za plecami. I pytali: „Kiedy idziecie wyznawać wiarę, bo jak nie to zrobimy jak tam…” – pan Włodziemirz pokazuję ręką za siebie. Ale kto to rozbierał? – Ja tego nie widziałem, ale dorośli mówili, że na dach cerkwi wszedł kowal z Komarowa- Bronisław Horaczek. Jakoś go przekupili, czy namówili, a miał przecież narzędzia kowalskie, żeby wszedł na dach i zdemontował, zwalił krzyż z kopuły cerkwi. I tak było, młotem zniszczył krzyż, przy tym wykrzykiwał z dachu straszne, obraźliwe słowa… Ale jak to mówią „Bóg nie rychliwy, ale sprawiedliwy”. W czasach Polski Ludowej, wstąpił do partii i był milicjantem. Którejś nocy, jego krajanie, sąsiedzi, katolicy przyszli i zaszlachtowali jego całą rodzinę. A druga cerkiew? – O druga cerkiew, ta drewniana, to zbudowana była jeszcze przed Unią (Brzeską z 1596 r.- przyp.aut.). O niej mi babka opowiadała, jak kiedyś w niej nawet organy były, a piękna była ta cerkiew… Jeżeli można użyć takich słów, bo to kaplica cmentarna. Cmentarz na wzgórku się rozciągał, a cerkiew pośrodku, jak klomb jaśniała z daleka. I rozebrano ją na bale. Był rok chyba 1934, ale już dokładnie nie pamiętam. W Komarowie w samym centrum tej osady, stał ratusz, a wokół niego sklepy. Żadnej szosy, czy drogi nie było, tylko błoto doskonałe – pokazuje pan Włodziemierz, dokąd t błoto sięgało. – I na tym błocie ułożono kładkę – drogę, z tych bali drewnianych z naszej cerkwi. Była jedna wieś, świetnie zorganizowana, ludzie zżyci, we wszystkich sprawach trzymali się razem. Nikt nie wyłamywał się. Zubowice- tam dość długo się bronili, ale już w latach dwudziestych cerkiew im zamknięto. (Cerkiew XVIII- wieczna, obecnie kościół- przyp.aut.) A skąd pan wiedział co się tam działo? – Ja miałem konia i siodło i był kontakt między siołami w promieniu 10-20 km, więc siadałem na konia. Ale mogło być i tak, że człowiek nie wrócił z takich zwiadów. I co działo się w Zubowicach? – Tam samoobronę zorganizowano. Mieszkańcy wynieśli wszystkie ostre narzędzia rolnicze i urządzili zasadzkę. Długo się bronili, a ich rozbijała oragnizajca „Krakusy” (prawdopodobnie chodzi o nazwę żołnierzy – najprawdopodobniej oddział kawalerii – przyp. aut.), na koniach przyjeżdżali. Tego razu mieszkańcy wpuścili „Krakusów” do wsi, ale wyjechać im już nie pozwolono. Z kosami rzucili się na przybyszów, zatarasowali drogę wyjazdową ze wsi. Policja się tam zjawiła i co tam nie było… Z Zubowic wysiedlono wszystkich, co do jednego, tuż po wyzwoleniu w 1944 roku. A co działo się gdzie indziej? – Tym mniej zorganizowanym, ale opornym wybijano szyby w domach, niszczono młockarnie, kieraty, wlewano naftę do mąki. Ale czy pani mi wierzy? Czy pani wierzy we wszystko to, co ja pani opowiadam? Że ja mówię o takich rzeczach, które robił człowiek stworzony na podobieństwo Boga …To barbarzyństwo było, ohyda… Czy pani wierzy? Dzień nie kończy się na nocy. Chyba gdzieś tam na górze opamiętano się trochę, ktoś zastanowił się, że przecież tak nie można. I z Warszawy do Komarowa przysłano prawosławnego duchownego, Worobiej się nazywał. Uczyniono pewien gest. Tylko był to już 1939 rok, w powietrzu czuło się wojnę… – kończy opowieść pan Włodzimierz. Anna Jawdosiuk – dziennikarka „Istocznika”. Pisma Bractwa Młodzieży Prawosławnej diecezji lubelsko-chełmskiej. Publikuje od początku funkcjonowania pisma. Powyższy wywiad ukazał się w 3/2008 r. „Istocznika”